Tylko szczęśliwi się nudzą.

Historia lubi się powtarzać. W moim przypadku powtarza się po raz już czwarty. Pierwszy raz w gimnazjum. Potem 3 lata spokoju. I już trzeci raz odkąd jestem na studiach. Nie wiem czy człowiek może przeżyć takie stężenie. 3 razy w ciągu półtora roku. To wychodzi średnio raz na 6 miesięcy. To stanowczo za dużo.

Ostatni raz zaczął się niedawno. Czuję, że jeszcze nie przekroczyłem tego krytycznego punktu poza którym nie ma się już na nic wpływu i ciało, umysł, dusza i serce są spętane i podporządkowane tylko jednemu. Czuję, że jeszcze jestem na tym etapie, w którym rzeczy płyną w danym kierunku bo im na to pozwalam (może nawet im pomagam). Dlaczego więc nie zaprę się i nie powstrzymam tej lawiny póki jeszcze mogę to zrobić? Może świadomie dążę do tego chaosu, bo towarzyszące mu uczucia są mi tak dobrze znane? Może już nie potrafię inaczej? Jak mówią słowa pewnej piosenki: “Yeah you bleed just to know your alive.” Może to jest właśnie mój sposób na monotonię życia. Bo czy cierpiący może się nudzić? Chyba nie. Tylko szczęśliwi się nudzą.

Sen

Jechali już kilka godzin samochodem. Rozmowy ucichły już jakiś czas temu i słychać było tylko jednostajny warkot silnika. Mąż prowadził w skupieniu a ona chciała się zdrzemnąć. Obróciła się na chwilę do tyłu i zobaczyła ich mocno przytulonych. Już spali, albo tylko udawali. Kiedy parę miesięcy temu syn jej o wszystkim powiedział, była nie tyle rozczarowana co przestraszona. Bała się o swoje jedyne dziecko, że będzie miało trudniej, że będzie musiało stawiać czoła różnym problemom i że może sobie nie poradzić z tym wszystkim. Ciągle kołatała się jej w głowie myśl, że może to jednak nie prawda, że może mu się wydaje. Wszelkie gdybania zostały przerwany, gdy syn przedstawił im tego chłopaka, który jechał właśnie z nimi samochodem. Z początku była bardzo nieufna, ale ze wszystkich sił starała się tego nie okazywać. Teraz gdy tak patrzyła przez chwilę na nich, zrozumiała, że jej obawy były nieuzasadnione. Nie wydarzyło się żadne zło i pierwszy raz odkąd sięgała pamięcią jej syn był na prawdę szczęśliwy. I poczuła to przyjemne ciepło na sercu.

Mąż spoglądał na nią kontem oka i na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech gdy zobaczył że im się przygląda. Uroczy widok, pomyślał. Miał ich w końcu cały czas w lusterku.

Wesołe jest życie.

Zawsze mnie dziwiło jak patrzyłem na ulicy, czy w tramwaju na tych wszystkich starych ludzi. Każdy ma jednakowo smutne zgaszone oczy. Patrzą gdzieś w przestrzeń pogrążeni czy to we wspomnieniach czy to w codziennych troskach. Zastanawiałem się dlaczego tak jest. Może to dlatego, że każdy z nich dorastał i wychowywał się w ciężkich czasach. Gdzie życie było szare, przepełnione strachem, a w jesieni życia nikogo za nic nie czekała żadna nagroda, tylko poniżenie, osamotnienie i niepewna przyszłość. Nim się zorientowali, świat wyprzedził ich i eony, a  w tym wieku nikt nie ma już sił, żeby kogokolwiek lub cokolwiek gonić. Nagle współczesność zaczęła ich przerastać, więc pozostali gdzieś tam w przeszłości, patrząc na nią przez mgłę i stare okulary. Dlatego gdy patrzą na moje pokolenie cieszę się jakie mamy szczęście. Żyjemy w spokojnych czasach, względnego dobrobytu, wciąż przyspieszającego postępu i z nieograniczonymi możliwościami. Dlatego wydaje mi się, że będziemy pokoleniem wesołych staruszków. Ale to sie stanie na długo po tym jak zamknie się ostatnia para smutnych, zamglonych oczu.

Runaway

Niedawno miałem bardzo sugestywny sen. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów, ale w ogólności chodziło o to, że… uciekłem do Japonii. O dziwo w moim śnie okazało się to bardzo proste. Wystarczyło wziąć trochę pieniędzy, kupić bilet na samolot i spalić za sobą mosty. W rzeczy samej od zawsze skrycie marzyłem o takiej ucieczce. Po prostu wziąć parę drobiazgów, trochę gotówki i ruszyć w nieznane już na zawsze. Moje życie zawsze było strasznie przewidywalne. Przedszkole, podstawówka, gimnazjum, liceum, studia, praca, emerytura, śmierć. Zupełnie jakby ktoś je z góry zaprojektował. Czasami mam ochotę złamać ten schemat, wywrócić wszystko do góry nogami i zacząć wszystko od zera… gdzieś indziej. Poszukać szczęścia w innej przestrzeni, wśród innych ludzi, w innych rzeczach. Wiem, że ten sen się nigdy nie ziści, ale podsunął mi kilka ciekawych pomysłów. Ale o tym SZA! Bo się nie uda.

Migawka - II

On powiedział, że są problemy. Jakie nie wiem. Ale moją naturalną reakcją był uśmiech (dobrze, że On tego nie widział). Czy to czyni ze mnie złego człowieka? W końcu nie mam złych intencji i nie chcę krzywdy dla nikogo. Z drugiej jednak strony nie można niczego zbudować pałając chęcią zniszczenia. Ja pałam, mimo dobrych intencji. Tak, jestem złym człowiekiem.

I słowo, słowem pozostało.

Zauważyłem, że mam problem z pisaniem wszelkiej maści blogów, pamiętników czy dzienników. Otóż gdy piszę “sprawozdanie z codzienności” to w ten opis zawsze wkrada się jakiś banał. Chyba jest to kwestią odpowiedniej selekcji informacji. I tu muszę przyznać mojej polonistce racje, mimo iż trochę już poniewczasie. Że żeby popełnić jakiś tekst, nawet tak mały jak notka na blogu, i żeby ów tekst był w miarę dobry należy się zastanowić nad pewnymi rzeczami: o czym chę powiedzieć, jak to powiedzieć aby forma pasowała do treści, jak uporządkować przekazywane treści aby stanowiły spójną całość, a nie chaotyczny słowotok. I tu mój mały ukłon w kierunku najlepszej nauczycielki języka polskiego:

“Nie można pisać niczego bez planu, tak jak budowniczy nie może budować domu bez planu. Gdyby próbował to najmniejszy podmuch wiatru by sprawił, że cała konstrukcja by się rozsypała”

Hanna J.

I nagle dochodzimy do wniosku, że pisanie czegokolwiek niewiele różni się od projektowania, programowania czy innych. Z jednej strony można by się zmartwić takim zrównaniem, że odzieramy pisarstwo z duszy i serca, pozostawiając tylko rozum, ale ja twierdzę, że to błędne rozumowanie. Wręcz przeciwnie, uważam, że czy to piszemy poruszającą powieść, czy projektujemy funkcjonalną aplikację komputerową, każdy akt tworzenia, bez względu na mniej lub bardziej restrykcyjne zasady towarzyszące procesowi tworzenia, istnieje ten mistyczny pierwiastek. Ludzie wierzący powiedzieliby pewnie, że jest to zawsze w jakiś sposób naśladowanie Boskiego aktu stworzenia i zawsze będzie ze sobą niosło jakiś Boski element

Słodko-kwaśnie

Dzisiejszy dzień był jak chiński sos - w pięciu smakach. Poszedłem z rana na uczelnię (proforma) zobaczyć wyniki. Poddałem się już dawno, więc bez względu na wynik olałbym to całkowicie.

A potem spotkanie z Nim. Wspólny obiad,  chwila rozmowy, szybki wypad na miasto…

O godzinie 17:00 na dworcu PKP zatrzymał się pociąg. Jeden z wielu, które codziennie przyjeżdżają i odjeżdżają, z i do nikomu nie znanych odległych miejsc. Z pociągu wysiadł chłopak. Rozejrzał się wokół i wypatrzył Go w tłumie ludzi. Na jego twarzy pojawił się spontaniczny delikatny uśmiech. Znowu są blisko…

Stało się. Przestał być odległym majakiem i przybrał realną formę, której nie mogę już dłużej kwestionować. O dziwo jestem wyjątkowo spokojny. Byłem dzisiaj w kościele. JA! Zatwardziały ateista, byłem pierwszy raz od długiego czasu w kościele. Co prawda na koncercie, ale zawsze to “dom Boży”. Muzyka, przepiękne miejsce, chwila refleksji, zawsze działało to na mnie bardzo wyciszająco. Nawet mimo tego, że wśród muzyków był On, a na widowni nasz “gość”. W sumie to cieszę się, że na świecie jest o dwie samotne osoby mniej. To dobre i piękne. Mimo iż po raz kolejny to piękno nie jest moim udziałem.

A za chwilę czeka mnie randka z Paulem Coelho. Zawsze chciałem przeczytać “Demon i panna Prym”.  Więc dlaczego nie teraz? Postanowiłem przestać odkładać wszystko na “potem”, żęby potem nie żałować zmarnowanego czasu.

Obudź się!

Kilka dni przed wigilią zobaczyłem zdjęcie snowboardzisty uciekającego przed lawiną i tak w przypływie natchnienia ze zdjęcia powstało to:

Inne światy

Wstaję rano. Zjadam jabłko. Idę na uczelnię. Wracam. Żyję… Są miejsca w których bywam, są ludzie których lubię, jest muzyka jakiej słucham, są rzeczy które posiadam i wydarzenia, które pamiętam. Wszystko to składa się na mój własny, osobisty świat. Jakże ekscytujący wydaje się świat, gdy stojąc w tłumie ludzi, zdaję sobie sprawę, że każda z tych dziesiątek mijających mnie osób, również posiada swój prywatny kosmos, mniej lub bardziej podobny do mojego.

Poznawanie nowych ludzi staje się dla mnie swego rodzaju podróżą do innej rzeczywistości. Niedawno odbyłem taką, jakże ekscytującą podróż. Poznałem Go jakieś trzy tygodnie temu. Ku memu zdziwieniu bardzo chętnie zaprosił mnie do swojego świata. Ale w przeciwieństwie do tych wszystkich szarych krain które mijałem do tej pory, jego jest pełna życia, kolorowa, szczęśliwa i spełniona. Na tym nowym gruncie czułem się równie niepewny jak podekscytowany. Zobaczyłem, rzeczy ludzi i wydarzenia wokół mnie których istnienia bym nawet nie podejrzewał. Chęć pozostania w tym obcym, ale jakże fascynującym świecie jest bardzo kusząca. Jutro czeka mnie kolejna ekspedycja. Ciekawe co odkryję tym razem…