Jonathan Carroll - “Kości Księżyca”

Nie mam bladego pomysłu jak tu zaszufladkować tę książkę. Podobnie jak inne utwory Carroll’a i tutaj mamy zwykłych bohaterów, żyjących w dzisiejszych czasach w dobrze znanym nam zza okna świecie. Dla bohaterów tych jednak świat ten jest przesycony jest magią i niesamowitością rodem z serialu “Strefa Mroku”.

Główna bohaterka Cullen James, wiedzie udane życie. Ma kochającego męża, piękną córeczkę, oddanych przyjaciół. Pierwsza część książki to zwięzła relacja z udanego życia bohaterki przypominająca zwykłą powieść obyczajową. Szybko jednak poznajemy drugie życie, jakie Cullen wiedzie każdej nocy, śniąc o mistycznej wyspie Rondui po której podróżuje ze swoim synem w poszukiwaniu tytułowych Księżycowych Kości. Świat Rondui jest wyjątkowo oniryczny, czasami nielogiczny, chaotyczny, pełen cudów i niewytłumaczalnych zjawisk. Podświadomość śniącej przemyca do tej fantastycznej przestrzeni fragmenty własnego życia, które ujawniają się w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Związki z rzeczywistością stają się tak silne, że jak w sprzężeniu zwrotnym, świat snów zaczyna również przenikać do naszego.

Tak mniej więcej rysuje się fabuła książki. Jest to dziwna mieszanka, ale fanom powykręcanych światów Carroll’a  powinna przypaść do gustu. Ja osobiście mam mieszane uczucia. Miejscami na prawdę mnie wciągało, a miejscami byłem znudzony. Może to dlatego, że fragmenty akcji dziejące się na Rondui były bardzo fragmentaryczne, a opis świata bardzo niekompletny. Przez co te części nie wciągnęły mnie tak jak by mogły. W części”realnej” też mamy niezły bigos. Miejscami miałem wrażenie, że autor nie wszystkie wątki do końca przemyślał. Ostatnie kilka stron, wraz z gwałtownym zakończeniem ratuje jednak wszelkie niedociągnięcia. Ogólnie, warto przeczytać jeśli ktoś ma trochę wolnego czasu.

Paulo Coelho - “Demon i panna Prym”

Od bardzo dawna chciałem przeczytać tę książkę skuszony wcześniejszą lekturą Alchemika i ciekawą notą redakcyjną. I chyba oczekiwałem za wiele. Owszem jest to książka dobra, ale nie porwała mnie w żadnym razie.

Książka opowiada o mieszkańcach maleńkiego miasteczka Viscos. Pewnego dnia do tej spokojnej i pełnej skromnych lecz uczciwych ludzi przybywa nieznajomy i składa mieszkańcom propozycją. Jeśli w ciągu tygodnia zostanie w Viscos zamordowany człowiek, wówczas dostaną 11 sztabek złota, które pozwolą uratować miasto przed wymazaniem z mapy świata. I tak spokojna mieścina staje się poligonem na którym stoczą bitwę, dwie przeciwstawne siły: Dobro i Zło.

Viscos jest przesycone starymi legendami i opowieściami, którymi wciąż żyją jego obywatele. Sama opowieść przypomina legendę, gdyż wśród bohaterów pojawiają się tylko dwa imiona, zaś większość postaci jest określana np. burmistrz, ziemianin, ksiądz, kowal… Nadaje to uniwersalnego charakteru całej opowieści i podobnie jak w innych książkach Coelho otrzymujemy swego rodzaju baśń. Lecz o ile w tradycyjnej baśni dobro zawsze zwycięża to autor wprowadził tutaj straszliwy zamęt. Wprost postawił pytanie, czy człowiek jest z natury dobry i zły i chyba jedynym wnioskiem okazało się to, że ludzie nawet gdy postępują dobrze, to nie z faktu bycia dobrymi, lecz ze strachu przed karą. Padło więc na trzecią możliwość, nie są ani dobrzy, ani źli tylko tchórzliwi.

Od razu rzucił mi się w oczy ten specyficzny styl Coelho, trochę grafomański, trochę nazbyt dosłowny. Jestem osobą, która nie lubi dosłowności. Wolę jak pewne rzeczy dyskretnie mi się sugeruje, nie nazywa ich po imieniu. W “Demonie i pannie Prym” można było wręcz zobaczyć między wierszami Anioły i Demony walczące o dusze mieszkańców. Podobnie jak i tematyka książki nie płynie z treści, lecz jest wprost określona, “Postaram się odpowiedzieć na pytanie…”. W sumie byłaby to idealna lektura szkolna. Nie trzeba się domyślać, co autor chciał przez to powiedzieć. Wszystko mamy jak na tacy. Owszem tematyka ciekawa, prowokująca do własnych rozważań, ale czytanie samej książki nie jest żadnym wysiłkiem.

Także uczucia mam mieszane, choć w ostatecznym rozrachunku wszystko wypada na plus.

Słodko-kwaśnie

Dzisiejszy dzień był jak chiński sos - w pięciu smakach. Poszedłem z rana na uczelnię (proforma) zobaczyć wyniki. Poddałem się już dawno, więc bez względu na wynik olałbym to całkowicie.

A potem spotkanie z Nim. Wspólny obiad,  chwila rozmowy, szybki wypad na miasto…

O godzinie 17:00 na dworcu PKP zatrzymał się pociąg. Jeden z wielu, które codziennie przyjeżdżają i odjeżdżają, z i do nikomu nie znanych odległych miejsc. Z pociągu wysiadł chłopak. Rozejrzał się wokół i wypatrzył Go w tłumie ludzi. Na jego twarzy pojawił się spontaniczny delikatny uśmiech. Znowu są blisko…

Stało się. Przestał być odległym majakiem i przybrał realną formę, której nie mogę już dłużej kwestionować. O dziwo jestem wyjątkowo spokojny. Byłem dzisiaj w kościele. JA! Zatwardziały ateista, byłem pierwszy raz od długiego czasu w kościele. Co prawda na koncercie, ale zawsze to “dom Boży”. Muzyka, przepiękne miejsce, chwila refleksji, zawsze działało to na mnie bardzo wyciszająco. Nawet mimo tego, że wśród muzyków był On, a na widowni nasz “gość”. W sumie to cieszę się, że na świecie jest o dwie samotne osoby mniej. To dobre i piękne. Mimo iż po raz kolejny to piękno nie jest moim udziałem.

A za chwilę czeka mnie randka z Paulem Coelho. Zawsze chciałem przeczytać “Demon i panna Prym”.  Więc dlaczego nie teraz? Postanowiłem przestać odkładać wszystko na “potem”, żęby potem nie żałować zmarnowanego czasu.

J. L. Wiśniewski - “S@motność w sieci”

Książkę przeczytałem wczoraj. Chciałem ten post napisać zaraz po przewróceniu ostatniej strony, ale uznałem, że lepiej ochłonąć trochę i pisać na spokojnie. Nie popełnię tutaj recenzji, bo jak wielokrotnie mi udowadniała moja polonistka z Liceum mam tyle wspólnego z literaturą co Gołota z boksem. Niemniej jednak muszę gdzieś umieścić swoje wrażenia z tej książki nawet jeśli nikt nie miałby ich przeczytać.  Wobec “Samotności … ” to byłby wręcz nietakt gdybym tego nie zrobił.

Tyle wrażeń, tyle emocji, że nie wiem nawet od czego zacząć. Książka o miłości. Tej prawdziwej, która się zdarza się tylko raz w życiu, tej o której rozpisywali się poeci i dramatopisarze od stuleci. Jest to dokładnie ta sama miłość mimo iż jej świadkami, zamiast tajemniczych zaułków, romantycznych polan, balkonów, czy innych, są zimne piksele na ekranie monitora. Taka o której każdy w głębi duszy marzy. Wątpię czy w tych wszystkich romansidłach od Danielle Steel, które w sumie mogłyby onieśmielić najgrubsze encyklopedie udało się zawrzeć chociaż cząstkę tego co Wiśniewski stworzył na ledwie 300 stronach.

Utwór jest bardzo fragmentaryczny. Oprócz zapierającego dech w piersiach wątku głównego mamy całą mozaikę epizodów. Co kilka stron autor raczy nas niezwykłą opowieścią z życia ludzi, na których, przypadkiem lub nie, trafiają główni bohaterowie. I tak poznamy niezwykły dramat księdza i zakonnicy, którzy ulegli zakazanemu uczuciu jak i historię lekarza, który ukradł mózg einsteina. Wszystkie te epizody tworzą niezwykle piękną, różnorodną i bogatą mozaikę która jest tłem dla największej (moim zdaniem) historii miłosnej naszych czasów. Tutaj narody nie walczą o piękną Helenę, nie muszą, opisywane w książce uczucie jest wystarczająco epickie. Nie potrzeba Achillesów, bogów i tysięcznych armii. Wystarczą dwa komputery i kawałek drutu…

Niezwykle frustrującym dla mnie jest fakt, że tak niesamowitą wrażliwością w opisywaniu tego co ponoć  “nie można wyrazić słowami” wykazał się mężczyzna. Czytając na przemian śmiałem się i zalewałem łzami. Przeczytawszy ostatnie zdanie chciałem cisnąć książką o ścianę, a potem zamknąłem się w łazience żeby trochę ochłonąć. Chyba żaden facet nie wzbudził we mnie tyle emocji co Wiśniewski. I za to mu się należą podziękowania. Dziękuję zatem.