“Pogodny” nastrój

Tak cholernie się cieszyłem, że już pomału idzie wiosna! Coraz częściej wychodzi słońce. Momentami jest ciepło i przyjemnie. Na krzaczkach pojawiają się nieśmiało pąki i inne pierdoły. A tu co? ŚNIEŻYCA! Akurat teraz gdy za chwilę, będę musiał iść na uczelnie! Jeszcze wieje jak cholera do tego! KUR**!!!

Migawka - IV

Moje niedawne odkrycie. Dodajcie do herbaty odrobiny cynamonu. Pyszności! Kocham cynamon :-)

Lekcja Polskiego

Oto jak najprawdopodobniej mój wykładowca nauczył się polskiego. Zgroza :P Lekcja Polskiego

Wesołe jest życie.

Zawsze mnie dziwiło jak patrzyłem na ulicy, czy w tramwaju na tych wszystkich starych ludzi. Każdy ma jednakowo smutne zgaszone oczy. Patrzą gdzieś w przestrzeń pogrążeni czy to we wspomnieniach czy to w codziennych troskach. Zastanawiałem się dlaczego tak jest. Może to dlatego, że każdy z nich dorastał i wychowywał się w ciężkich czasach. Gdzie życie było szare, przepełnione strachem, a w jesieni życia nikogo za nic nie czekała żadna nagroda, tylko poniżenie, osamotnienie i niepewna przyszłość. Nim się zorientowali, świat wyprzedził ich i eony, a  w tym wieku nikt nie ma już sił, żeby kogokolwiek lub cokolwiek gonić. Nagle współczesność zaczęła ich przerastać, więc pozostali gdzieś tam w przeszłości, patrząc na nią przez mgłę i stare okulary. Dlatego gdy patrzą na moje pokolenie cieszę się jakie mamy szczęście. Żyjemy w spokojnych czasach, względnego dobrobytu, wciąż przyspieszającego postępu i z nieograniczonymi możliwościami. Dlatego wydaje mi się, że będziemy pokoleniem wesołych staruszków. Ale to sie stanie na długo po tym jak zamknie się ostatnia para smutnych, zamglonych oczu.

Migawka - III

Moi rodzice nigdy nie używali żelu po prysznic. Zawsze mydło. Ale tym razem było zielone… mmm ogórkowe. Uwielbiam zapach ogórków.

Runaway

Niedawno miałem bardzo sugestywny sen. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów, ale w ogólności chodziło o to, że… uciekłem do Japonii. O dziwo w moim śnie okazało się to bardzo proste. Wystarczyło wziąć trochę pieniędzy, kupić bilet na samolot i spalić za sobą mosty. W rzeczy samej od zawsze skrycie marzyłem o takiej ucieczce. Po prostu wziąć parę drobiazgów, trochę gotówki i ruszyć w nieznane już na zawsze. Moje życie zawsze było strasznie przewidywalne. Przedszkole, podstawówka, gimnazjum, liceum, studia, praca, emerytura, śmierć. Zupełnie jakby ktoś je z góry zaprojektował. Czasami mam ochotę złamać ten schemat, wywrócić wszystko do góry nogami i zacząć wszystko od zera… gdzieś indziej. Poszukać szczęścia w innej przestrzeni, wśród innych ludzi, w innych rzeczach. Wiem, że ten sen się nigdy nie ziści, ale podsunął mi kilka ciekawych pomysłów. Ale o tym SZA! Bo się nie uda.

Cukierek

Historię tę usłyszałem od Niego.

Podszedł do swoich podopiecznych i każdemu wręczył torbę cukierków. Zadanie było jasne: przy pomocy cukierków zaburzyć codzienny rytm życia mieszkańców miasteczka, w centrum którego stali.  Nie minęła chwila gdy armia młodych ludzi uzbrojona w landrynki, żelki i karmelki ruszyła ku absolutnemu zniszczeniu.

No i zaczęło się. Nikt kto przebywał wtedy w centrum nie uszedł cało. Ludzie byli proszeni o różne rzeczy w zamian za słodycze. Czasem była to wymiana za jakiś drobiazg, czasem prośba o zrobienie czegoś głupiego, a niektórzy dostawali cukierka znienacka za ładny uśmiech, który szybko znikał ustępując totalnemu zdziwieniu. Ludzie reagowali różnie, jedni byli zdziwieni, jedni przestraszeni, ale armia odnosiła prawdziwy sukces gdy na twarzy kogoś pojawił się uśmiech. Nie obyło się także bez kontrataku. Gdy strażnik miejski wymienił swój długopis, którym wypisywał mandaty za złe parkowanie, w zamian za toffi, uśmiechnął się od ucha do ucha i z niemałym tryumfem oznajmił: “Ha! Ten długopis jest wypisany, a w samochodzie mam drugi! Dzięki za cukierka!”. “I o to chodzi!”, odpowiedział z radością pokonany.

To wszystko mało. Trzeba zakończyć kampanię z hukiem. W pobliskim sklepie spożywczym, sprzedawca oddał za pomarańczową landrynkę średniej wielkości karton po tylko jemu znanych towarach. W papierniczym nieopodal pani ekspedientka odstąpiła za czekoladową mordoklejkę kawałek papieru ozdobnego. Główny wykonawcą demonicznego planu była młoda urocza dziewczyna. Nieświadoma roli jaką ma odegrać usłyszała tylko pytanie jaki jest jej ulubiony kwiatek i czy w zamian za niego zaniesie coś mężczyźnie leżącemu na trawie nieopodal. Jeszcze tylko jeden tulipan od kwiaciarki - 2 trufle w czekoladzie.

Opiekun leżał na pobliskim skwerku, czekając na swoich wojowników, aż wrócą do niego z łupem. Nagle w słońcu stanęła młoda dziewczyna z ładnie zapakowaną paczuszką. Wręczyła mu ją bez słowa i odeszła. Oderwał szybko papier i otworzył karton, na dnie którego leżał ostatni cukierek. Uśmiechnął się bardziej do cukierka niż do siebie, spisali się świetnie.

I o takiej energii cały czas myślę. I jak tu nie być Nim zafascynowany.

Lustro

Uwielbiam wracać na stare śmiecie. Zawsze odczuwam to jako swego rodzaju mistyczną podróż do świata, który całkiem niedawno porzuciłem, a od którego bardzo szybko się odzwyczaiłem (jeśli nie zapomniałem, ale to chyba zbyt mocne słowo). Było już ciemno kiedy autobus zajechał na opustoszały dworzec. Wysiadłem, rozejrzałem się dookoła i każdy brudny, ciemny i obdrapany zakamarek zdawał się szeptać sennie “Witaj z powrotem”.

Po chwili na dworcu pojawił się mój przyjaciel. Nie widzieliśmy się chyba całą wieczność. Ostatnimi czasy za każdym razem jak odwiedzałem rodzinne strony jakoś nigdy nie było okazji, żeby się spotkać, choćby na chwilę, ale teraz mieliśmy cały wieczór tylko dla siebie. Miło było zobaczyć, że nic się nie zmieniło, zupełnie jakbym się nigdy nie wyprowadził.

Zaskoczeniem było dla mnie, że mój przyjaciel odnalazł to miejsce. I gdy się o tym dowiedziałem uderzyła mnie jedna rzecz, że ktoś zadał sobie bezinteresownie jakiś trud z mojego powodu. Jak to on powiedział: “Śledzę cię ciągle z ukrycia”. Było to jak balsam na moją duszę gdy w tym całym osamotnieniu wielkiego miasta, cały czas była gdzieś tam osoba, która o mnie myślała. I nage jakoś wszystkie moje problemy, te które przeżywam głęboko w sobie i nikt z mojego otoczenia o nich nie wie, stały się nieco łatwiejsze do zniesienia. Dziękuję Ci.

Teraz skoro to miejsce zostało tak szybko odkryte, to przestało być intymne. To tak jak jesteśmy sami w łazience i stoimy przed lustrem. Jedni przy tym robią głupie miny mimo iż wiedzą, że nie są zabawni, inni coś śpiewają mimo iż wiedzą, że można by tym zburzyć mur chiński, inni napinają swoje mięśnie mimo iż wiedzą, że nie zaimponowałyby one nawet anorektykom, ale to jesteśmy tylko sami ze sobą i przez tą krótką chwilę zamknięci tylko i wyłącznie w naszym prywatnym świecie, w którym każdy może być Rowan’em Atkinsonem, Stingiem czy Arnoldem. Przez chwilę jesteśmy sam na sam ze sobą, ale gdyby obok stał ktoś, nawet jeśli byłby to najlepszy przyjaciel, to nie odważylibyśmy się na żadną z tych rzeczy. A nawet jeśli to byłoby o przepuszczone przez filtr o nazwie “ktoś mnie przecież widzi”. I nagle to samo lustro nie odbijałoby już nas samych tylko obraz jaki pokazujemy światy. To miejsce miało być dla mnie właśnie takim lustrem, ale skoro ktoś stoi obok to boję się, że obraz nie będzie już prawdziwy. Decyzję zostawiam Tobie. I tak prędzej czy później dowiesz się o wszystkim w bardziej konkretnych szczegółach, a zamiast podglądania mnie z ukrycia wystarczy zapytać się co u mnie.

Dzięki też za wysłuchanie. Potrzebowałem tego.

“Jumper”

Ahh nie ma to jak dobre amerykańskie kino. Wszyscy narzekają, że to kicz i w ogóle, a ja uważam, że patrzą na to pod złym kontem. Filmy z fabryki marzeń wcale nie pretendują do miana dzieła sztuki. To po prostu rozrywka. Zwykła prymitywna odmóżdzająca rozrywka jakiej każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu. Dlatego film Jumper zaliczam jak najbardziej do udanych. Dobrze się na nim bawiłem i o to przecież chodziło. Poza tym sama koncepcja fabuły jest niezwykle pociągająca. Możliwość przeniesienia się w dowolne miejsce na świecie, niczym nieskrępowana, absolutna i totalna wolność. Coś o czym wszyscy marzymy (bo czymże jest np. sen o lataniu jak nie pragnieniem wolności) mimo iż w natłoku codzienności, regulacji, praw, obyczajów, konwenansów zapominamy o tym. A ten film mi o tym przypomniał. Poza tym oskar ode mnie za efekty specjalne i za… powiedzmy, że obsadę ;-)

Paulo Coelho - “Demon i panna Prym”

Od bardzo dawna chciałem przeczytać tę książkę skuszony wcześniejszą lekturą Alchemika i ciekawą notą redakcyjną. I chyba oczekiwałem za wiele. Owszem jest to książka dobra, ale nie porwała mnie w żadnym razie.

Książka opowiada o mieszkańcach maleńkiego miasteczka Viscos. Pewnego dnia do tej spokojnej i pełnej skromnych lecz uczciwych ludzi przybywa nieznajomy i składa mieszkańcom propozycją. Jeśli w ciągu tygodnia zostanie w Viscos zamordowany człowiek, wówczas dostaną 11 sztabek złota, które pozwolą uratować miasto przed wymazaniem z mapy świata. I tak spokojna mieścina staje się poligonem na którym stoczą bitwę, dwie przeciwstawne siły: Dobro i Zło.

Viscos jest przesycone starymi legendami i opowieściami, którymi wciąż żyją jego obywatele. Sama opowieść przypomina legendę, gdyż wśród bohaterów pojawiają się tylko dwa imiona, zaś większość postaci jest określana np. burmistrz, ziemianin, ksiądz, kowal… Nadaje to uniwersalnego charakteru całej opowieści i podobnie jak w innych książkach Coelho otrzymujemy swego rodzaju baśń. Lecz o ile w tradycyjnej baśni dobro zawsze zwycięża to autor wprowadził tutaj straszliwy zamęt. Wprost postawił pytanie, czy człowiek jest z natury dobry i zły i chyba jedynym wnioskiem okazało się to, że ludzie nawet gdy postępują dobrze, to nie z faktu bycia dobrymi, lecz ze strachu przed karą. Padło więc na trzecią możliwość, nie są ani dobrzy, ani źli tylko tchórzliwi.

Od razu rzucił mi się w oczy ten specyficzny styl Coelho, trochę grafomański, trochę nazbyt dosłowny. Jestem osobą, która nie lubi dosłowności. Wolę jak pewne rzeczy dyskretnie mi się sugeruje, nie nazywa ich po imieniu. W “Demonie i pannie Prym” można było wręcz zobaczyć między wierszami Anioły i Demony walczące o dusze mieszkańców. Podobnie jak i tematyka książki nie płynie z treści, lecz jest wprost określona, “Postaram się odpowiedzieć na pytanie…”. W sumie byłaby to idealna lektura szkolna. Nie trzeba się domyślać, co autor chciał przez to powiedzieć. Wszystko mamy jak na tacy. Owszem tematyka ciekawa, prowokująca do własnych rozważań, ale czytanie samej książki nie jest żadnym wysiłkiem.

Także uczucia mam mieszane, choć w ostatecznym rozrachunku wszystko wypada na plus.

« Poprzednie wpisy · Następne wpisy »