Wycisk

Wczoraj byłem z Nim na rowerach. W zasadzie moja druga przejażdżka odkąd skończyło się lato. I cóż mogę powiedzieć… nie skompromitowałem się całkowicie, jakoś (nie wiem jak) wytrzymałem to tempo jakie On mi narzucił. Nie chciałem wyjść na mięczaka, więc zacisnąłem zęby i w skupieniu pedałowałem. Generalnie przejechać mogę bardzo daleko, pod warunkiem, że jadę swoim własnym tempem. Jeśli choć trochę przekraczam tą granicę to jest kwestią kilku minut kiedy opadnę z sił. Tak też się stało, po przejechaniu 40 km tego morderczego maratonu nogi bolały mnie jakbym miał nimi za chwilę urodzić kaktusa. Ale nie poddałem się i z tego jestem k**** dumny! Jest to dla mnie jakąś wskazówką, że czeka mnie jeszcze sporo pracy nad moją kondycją, ale na szczęści kończy się zima ;-)

Napisz komentarz