Uwielbiam wracać na stare śmiecie. Zawsze odczuwam to jako swego rodzaju mistyczną podróż do świata, który całkiem niedawno porzuciłem, a od którego bardzo szybko się odzwyczaiłem (jeśli nie zapomniałem, ale to chyba zbyt mocne słowo). Było już ciemno kiedy autobus zajechał na opustoszały dworzec. Wysiadłem, rozejrzałem się dookoła i każdy brudny, ciemny i obdrapany zakamarek zdawał się szeptać sennie “Witaj z powrotem”.
Po chwili na dworcu pojawił się mój przyjaciel. Nie widzieliśmy się chyba całą wieczność. Ostatnimi czasy za każdym razem jak odwiedzałem rodzinne strony jakoś nigdy nie było okazji, żeby się spotkać, choćby na chwilę, ale teraz mieliśmy cały wieczór tylko dla siebie. Miło było zobaczyć, że nic się nie zmieniło, zupełnie jakbym się nigdy nie wyprowadził.
Zaskoczeniem było dla mnie, że mój przyjaciel odnalazł to miejsce. I gdy się o tym dowiedziałem uderzyła mnie jedna rzecz, że ktoś zadał sobie bezinteresownie jakiś trud z mojego powodu. Jak to on powiedział: “Śledzę cię ciągle z ukrycia”. Było to jak balsam na moją duszę gdy w tym całym osamotnieniu wielkiego miasta, cały czas była gdzieś tam osoba, która o mnie myślała. I nage jakoś wszystkie moje problemy, te które przeżywam głęboko w sobie i nikt z mojego otoczenia o nich nie wie, stały się nieco łatwiejsze do zniesienia. Dziękuję Ci.
Teraz skoro to miejsce zostało tak szybko odkryte, to przestało być intymne. To tak jak jesteśmy sami w łazience i stoimy przed lustrem. Jedni przy tym robią głupie miny mimo iż wiedzą, że nie są zabawni, inni coś śpiewają mimo iż wiedzą, że można by tym zburzyć mur chiński, inni napinają swoje mięśnie mimo iż wiedzą, że nie zaimponowałyby one nawet anorektykom, ale to jesteśmy tylko sami ze sobą i przez tą krótką chwilę zamknięci tylko i wyłącznie w naszym prywatnym świecie, w którym każdy może być Rowan’em Atkinsonem, Stingiem czy Arnoldem. Przez chwilę jesteśmy sam na sam ze sobą, ale gdyby obok stał ktoś, nawet jeśli byłby to najlepszy przyjaciel, to nie odważylibyśmy się na żadną z tych rzeczy. A nawet jeśli to byłoby o przepuszczone przez filtr o nazwie “ktoś mnie przecież widzi”. I nagle to samo lustro nie odbijałoby już nas samych tylko obraz jaki pokazujemy światy. To miejsce miało być dla mnie właśnie takim lustrem, ale skoro ktoś stoi obok to boję się, że obraz nie będzie już prawdziwy. Decyzję zostawiam Tobie. I tak prędzej czy później dowiesz się o wszystkim w bardziej konkretnych szczegółach, a zamiast podglądania mnie z ukrycia wystarczy zapytać się co u mnie.
Dzięki też za wysłuchanie. Potrzebowałem tego.