Słodko-kwaśnie

Dzisiejszy dzień był jak chiński sos - w pięciu smakach. Poszedłem z rana na uczelnię (proforma) zobaczyć wyniki. Poddałem się już dawno, więc bez względu na wynik olałbym to całkowicie.

A potem spotkanie z Nim. Wspólny obiad,  chwila rozmowy, szybki wypad na miasto…

O godzinie 17:00 na dworcu PKP zatrzymał się pociąg. Jeden z wielu, które codziennie przyjeżdżają i odjeżdżają, z i do nikomu nie znanych odległych miejsc. Z pociągu wysiadł chłopak. Rozejrzał się wokół i wypatrzył Go w tłumie ludzi. Na jego twarzy pojawił się spontaniczny delikatny uśmiech. Znowu są blisko…

Stało się. Przestał być odległym majakiem i przybrał realną formę, której nie mogę już dłużej kwestionować. O dziwo jestem wyjątkowo spokojny. Byłem dzisiaj w kościele. JA! Zatwardziały ateista, byłem pierwszy raz od długiego czasu w kościele. Co prawda na koncercie, ale zawsze to “dom Boży”. Muzyka, przepiękne miejsce, chwila refleksji, zawsze działało to na mnie bardzo wyciszająco. Nawet mimo tego, że wśród muzyków był On, a na widowni nasz “gość”. W sumie to cieszę się, że na świecie jest o dwie samotne osoby mniej. To dobre i piękne. Mimo iż po raz kolejny to piękno nie jest moim udziałem.

A za chwilę czeka mnie randka z Paulem Coelho. Zawsze chciałem przeczytać “Demon i panna Prym”.  Więc dlaczego nie teraz? Postanowiłem przestać odkładać wszystko na “potem”, żęby potem nie żałować zmarnowanego czasu.

Napisz komentarz