J. L. Wiśniewski - “S@motność w sieci”

Książkę przeczytałem wczoraj. Chciałem ten post napisać zaraz po przewróceniu ostatniej strony, ale uznałem, że lepiej ochłonąć trochę i pisać na spokojnie. Nie popełnię tutaj recenzji, bo jak wielokrotnie mi udowadniała moja polonistka z Liceum mam tyle wspólnego z literaturą co Gołota z boksem. Niemniej jednak muszę gdzieś umieścić swoje wrażenia z tej książki nawet jeśli nikt nie miałby ich przeczytać.  Wobec “Samotności … ” to byłby wręcz nietakt gdybym tego nie zrobił.

Tyle wrażeń, tyle emocji, że nie wiem nawet od czego zacząć. Książka o miłości. Tej prawdziwej, która się zdarza się tylko raz w życiu, tej o której rozpisywali się poeci i dramatopisarze od stuleci. Jest to dokładnie ta sama miłość mimo iż jej świadkami, zamiast tajemniczych zaułków, romantycznych polan, balkonów, czy innych, są zimne piksele na ekranie monitora. Taka o której każdy w głębi duszy marzy. Wątpię czy w tych wszystkich romansidłach od Danielle Steel, które w sumie mogłyby onieśmielić najgrubsze encyklopedie udało się zawrzeć chociaż cząstkę tego co Wiśniewski stworzył na ledwie 300 stronach.

Utwór jest bardzo fragmentaryczny. Oprócz zapierającego dech w piersiach wątku głównego mamy całą mozaikę epizodów. Co kilka stron autor raczy nas niezwykłą opowieścią z życia ludzi, na których, przypadkiem lub nie, trafiają główni bohaterowie. I tak poznamy niezwykły dramat księdza i zakonnicy, którzy ulegli zakazanemu uczuciu jak i historię lekarza, który ukradł mózg einsteina. Wszystkie te epizody tworzą niezwykle piękną, różnorodną i bogatą mozaikę która jest tłem dla największej (moim zdaniem) historii miłosnej naszych czasów. Tutaj narody nie walczą o piękną Helenę, nie muszą, opisywane w książce uczucie jest wystarczająco epickie. Nie potrzeba Achillesów, bogów i tysięcznych armii. Wystarczą dwa komputery i kawałek drutu…

Niezwykle frustrującym dla mnie jest fakt, że tak niesamowitą wrażliwością w opisywaniu tego co ponoć  “nie można wyrazić słowami” wykazał się mężczyzna. Czytając na przemian śmiałem się i zalewałem łzami. Przeczytawszy ostatnie zdanie chciałem cisnąć książką o ścianę, a potem zamknąłem się w łazience żeby trochę ochłonąć. Chyba żaden facet nie wzbudził we mnie tyle emocji co Wiśniewski. I za to mu się należą podziękowania. Dziękuję zatem.

Napisz komentarz