“Jumper”

Ahh nie ma to jak dobre amerykańskie kino. Wszyscy narzekają, że to kicz i w ogóle, a ja uważam, że patrzą na to pod złym kontem. Filmy z fabryki marzeń wcale nie pretendują do miana dzieła sztuki. To po prostu rozrywka. Zwykła prymitywna odmóżdzająca rozrywka jakiej każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu. Dlatego film Jumper zaliczam jak najbardziej do udanych. Dobrze się na nim bawiłem i o to przecież chodziło. Poza tym sama koncepcja fabuły jest niezwykle pociągająca. Możliwość przeniesienia się w dowolne miejsce na świecie, niczym nieskrępowana, absolutna i totalna wolność. Coś o czym wszyscy marzymy (bo czymże jest np. sen o lataniu jak nie pragnieniem wolności) mimo iż w natłoku codzienności, regulacji, praw, obyczajów, konwenansów zapominamy o tym. A ten film mi o tym przypomniał. Poza tym oskar ode mnie za efekty specjalne i za… powiedzmy, że obsadę ;-)

Paulo Coelho - “Demon i panna Prym”

Od bardzo dawna chciałem przeczytać tę książkę skuszony wcześniejszą lekturą Alchemika i ciekawą notą redakcyjną. I chyba oczekiwałem za wiele. Owszem jest to książka dobra, ale nie porwała mnie w żadnym razie.

Książka opowiada o mieszkańcach maleńkiego miasteczka Viscos. Pewnego dnia do tej spokojnej i pełnej skromnych lecz uczciwych ludzi przybywa nieznajomy i składa mieszkańcom propozycją. Jeśli w ciągu tygodnia zostanie w Viscos zamordowany człowiek, wówczas dostaną 11 sztabek złota, które pozwolą uratować miasto przed wymazaniem z mapy świata. I tak spokojna mieścina staje się poligonem na którym stoczą bitwę, dwie przeciwstawne siły: Dobro i Zło.

Viscos jest przesycone starymi legendami i opowieściami, którymi wciąż żyją jego obywatele. Sama opowieść przypomina legendę, gdyż wśród bohaterów pojawiają się tylko dwa imiona, zaś większość postaci jest określana np. burmistrz, ziemianin, ksiądz, kowal… Nadaje to uniwersalnego charakteru całej opowieści i podobnie jak w innych książkach Coelho otrzymujemy swego rodzaju baśń. Lecz o ile w tradycyjnej baśni dobro zawsze zwycięża to autor wprowadził tutaj straszliwy zamęt. Wprost postawił pytanie, czy człowiek jest z natury dobry i zły i chyba jedynym wnioskiem okazało się to, że ludzie nawet gdy postępują dobrze, to nie z faktu bycia dobrymi, lecz ze strachu przed karą. Padło więc na trzecią możliwość, nie są ani dobrzy, ani źli tylko tchórzliwi.

Od razu rzucił mi się w oczy ten specyficzny styl Coelho, trochę grafomański, trochę nazbyt dosłowny. Jestem osobą, która nie lubi dosłowności. Wolę jak pewne rzeczy dyskretnie mi się sugeruje, nie nazywa ich po imieniu. W “Demonie i pannie Prym” można było wręcz zobaczyć między wierszami Anioły i Demony walczące o dusze mieszkańców. Podobnie jak i tematyka książki nie płynie z treści, lecz jest wprost określona, “Postaram się odpowiedzieć na pytanie…”. W sumie byłaby to idealna lektura szkolna. Nie trzeba się domyślać, co autor chciał przez to powiedzieć. Wszystko mamy jak na tacy. Owszem tematyka ciekawa, prowokująca do własnych rozważań, ale czytanie samej książki nie jest żadnym wysiłkiem.

Także uczucia mam mieszane, choć w ostatecznym rozrachunku wszystko wypada na plus.

Migawka - II

On powiedział, że są problemy. Jakie nie wiem. Ale moją naturalną reakcją był uśmiech (dobrze, że On tego nie widział). Czy to czyni ze mnie złego człowieka? W końcu nie mam złych intencji i nie chcę krzywdy dla nikogo. Z drugiej jednak strony nie można niczego zbudować pałając chęcią zniszczenia. Ja pałam, mimo dobrych intencji. Tak, jestem złym człowiekiem.

I słowo, słowem pozostało.

Zauważyłem, że mam problem z pisaniem wszelkiej maści blogów, pamiętników czy dzienników. Otóż gdy piszę “sprawozdanie z codzienności” to w ten opis zawsze wkrada się jakiś banał. Chyba jest to kwestią odpowiedniej selekcji informacji. I tu muszę przyznać mojej polonistce racje, mimo iż trochę już poniewczasie. Że żeby popełnić jakiś tekst, nawet tak mały jak notka na blogu, i żeby ów tekst był w miarę dobry należy się zastanowić nad pewnymi rzeczami: o czym chę powiedzieć, jak to powiedzieć aby forma pasowała do treści, jak uporządkować przekazywane treści aby stanowiły spójną całość, a nie chaotyczny słowotok. I tu mój mały ukłon w kierunku najlepszej nauczycielki języka polskiego:

“Nie można pisać niczego bez planu, tak jak budowniczy nie może budować domu bez planu. Gdyby próbował to najmniejszy podmuch wiatru by sprawił, że cała konstrukcja by się rozsypała”

Hanna J.

I nagle dochodzimy do wniosku, że pisanie czegokolwiek niewiele różni się od projektowania, programowania czy innych. Z jednej strony można by się zmartwić takim zrównaniem, że odzieramy pisarstwo z duszy i serca, pozostawiając tylko rozum, ale ja twierdzę, że to błędne rozumowanie. Wręcz przeciwnie, uważam, że czy to piszemy poruszającą powieść, czy projektujemy funkcjonalną aplikację komputerową, każdy akt tworzenia, bez względu na mniej lub bardziej restrykcyjne zasady towarzyszące procesowi tworzenia, istnieje ten mistyczny pierwiastek. Ludzie wierzący powiedzieliby pewnie, że jest to zawsze w jakiś sposób naśladowanie Boskiego aktu stworzenia i zawsze będzie ze sobą niosło jakiś Boski element

Wodnik Szuwarek

120 basenów kraulem! Jestem z siebie dumny jak paw. Pływam od niedawna w sumie, a już widzę postępy. Co prawda zajęło mi to 1,5 godziny, ale nie zrażam się. Siły miałem na więcej, ale zwyczajnie zaczęło mi się już nudzić w wodzie. Teraz dopiero czuję ile przepłynąłem :P Taka opóźniona reakcja organizmu. Jest to dla mnie wskazówką, że muszę pływać intensywniej i trochę powalczyć z wodą, bo skoro przez półtorej godziny nie zdyszałem się nawet to znaczy, że pływam za wolno. No a poza tym nie stać mnie, żeby tyle płacić za basen :-P

A jutro na basen idę z Nim.

Spotkanie z przeszłością.

Najbardziej w życiu właśnie lubię takie nieoczekiwane rzeczy jak wczoraj. Nie widziałem się z K. chyba jakieś pół roku. Po tym wszystkim co działo się latem i wcześniej chyba żaden z nas nie chciał zbyt szybko odnawiać tej znajomości. W międzyczasie było może parę smsów, kilka trywialnych rozmów na gg, a tu nagle bum “Wpadnij do mnie do pracy, pogadamy.”

Nie dość że miałem świetną wycieczkę (dawno nie byłem na południu od centrum. Tamtejsze dzielnice mają w sobie jakiś taki staromiejski klimat) to jeszcze spotkałem się z nim. Teraz już wiem, że kompletnie do siebie nie pasujemy (czy ja do kogokolwiek pasuję?) i nie moglibyśmy się ze sobą dogadać, ale mimo to ma w sobie coś takiego, co sprawia, że poszedłbym za tym człowiekiem w ogień. Dobry, prostoduszny, wesoły, z takim figlem w spojrzeniu, … mógłbym tu książkę napisać. To już 9 miesięcy odkąd znalazł to czego ja nie mogę znaleźć od 5 lat. Ale to dobrze. To wspaniały człowiek i zasługuje na to co ma. A co do mnie, to mam jeszcze trochę czasu przed sobą. Może i do mnie szczęście się uśmiechnie.

Słodko-kwaśnie

Dzisiejszy dzień był jak chiński sos - w pięciu smakach. Poszedłem z rana na uczelnię (proforma) zobaczyć wyniki. Poddałem się już dawno, więc bez względu na wynik olałbym to całkowicie.

A potem spotkanie z Nim. Wspólny obiad,  chwila rozmowy, szybki wypad na miasto…

O godzinie 17:00 na dworcu PKP zatrzymał się pociąg. Jeden z wielu, które codziennie przyjeżdżają i odjeżdżają, z i do nikomu nie znanych odległych miejsc. Z pociągu wysiadł chłopak. Rozejrzał się wokół i wypatrzył Go w tłumie ludzi. Na jego twarzy pojawił się spontaniczny delikatny uśmiech. Znowu są blisko…

Stało się. Przestał być odległym majakiem i przybrał realną formę, której nie mogę już dłużej kwestionować. O dziwo jestem wyjątkowo spokojny. Byłem dzisiaj w kościele. JA! Zatwardziały ateista, byłem pierwszy raz od długiego czasu w kościele. Co prawda na koncercie, ale zawsze to “dom Boży”. Muzyka, przepiękne miejsce, chwila refleksji, zawsze działało to na mnie bardzo wyciszająco. Nawet mimo tego, że wśród muzyków był On, a na widowni nasz “gość”. W sumie to cieszę się, że na świecie jest o dwie samotne osoby mniej. To dobre i piękne. Mimo iż po raz kolejny to piękno nie jest moim udziałem.

A za chwilę czeka mnie randka z Paulem Coelho. Zawsze chciałem przeczytać “Demon i panna Prym”.  Więc dlaczego nie teraz? Postanowiłem przestać odkładać wszystko na “potem”, żęby potem nie żałować zmarnowanego czasu.

Migawka

On jest zajęty. On jest zajęty. Muszę to sobie powtarzać jak mantrę… On jest zajęty. On jest zajęty.

J. L. Wiśniewski - “S@motność w sieci”

Książkę przeczytałem wczoraj. Chciałem ten post napisać zaraz po przewróceniu ostatniej strony, ale uznałem, że lepiej ochłonąć trochę i pisać na spokojnie. Nie popełnię tutaj recenzji, bo jak wielokrotnie mi udowadniała moja polonistka z Liceum mam tyle wspólnego z literaturą co Gołota z boksem. Niemniej jednak muszę gdzieś umieścić swoje wrażenia z tej książki nawet jeśli nikt nie miałby ich przeczytać.  Wobec “Samotności … ” to byłby wręcz nietakt gdybym tego nie zrobił.

Tyle wrażeń, tyle emocji, że nie wiem nawet od czego zacząć. Książka o miłości. Tej prawdziwej, która się zdarza się tylko raz w życiu, tej o której rozpisywali się poeci i dramatopisarze od stuleci. Jest to dokładnie ta sama miłość mimo iż jej świadkami, zamiast tajemniczych zaułków, romantycznych polan, balkonów, czy innych, są zimne piksele na ekranie monitora. Taka o której każdy w głębi duszy marzy. Wątpię czy w tych wszystkich romansidłach od Danielle Steel, które w sumie mogłyby onieśmielić najgrubsze encyklopedie udało się zawrzeć chociaż cząstkę tego co Wiśniewski stworzył na ledwie 300 stronach.

Utwór jest bardzo fragmentaryczny. Oprócz zapierającego dech w piersiach wątku głównego mamy całą mozaikę epizodów. Co kilka stron autor raczy nas niezwykłą opowieścią z życia ludzi, na których, przypadkiem lub nie, trafiają główni bohaterowie. I tak poznamy niezwykły dramat księdza i zakonnicy, którzy ulegli zakazanemu uczuciu jak i historię lekarza, który ukradł mózg einsteina. Wszystkie te epizody tworzą niezwykle piękną, różnorodną i bogatą mozaikę która jest tłem dla największej (moim zdaniem) historii miłosnej naszych czasów. Tutaj narody nie walczą o piękną Helenę, nie muszą, opisywane w książce uczucie jest wystarczająco epickie. Nie potrzeba Achillesów, bogów i tysięcznych armii. Wystarczą dwa komputery i kawałek drutu…

Niezwykle frustrującym dla mnie jest fakt, że tak niesamowitą wrażliwością w opisywaniu tego co ponoć  “nie można wyrazić słowami” wykazał się mężczyzna. Czytając na przemian śmiałem się i zalewałem łzami. Przeczytawszy ostatnie zdanie chciałem cisnąć książką o ścianę, a potem zamknąłem się w łazience żeby trochę ochłonąć. Chyba żaden facet nie wzbudził we mnie tyle emocji co Wiśniewski. I za to mu się należą podziękowania. Dziękuję zatem.

Walka z wiatrakami

Co tu dużo pisać. Chyba udupiłem tę poprawkę. Przyznam się, że niespecjalnie już mi zależało. Byłem nawet skłonny w ogóle do niej nie podchodzić, tylko po to, żeby nie mieć już nic więcej do czynienia z tym człowiekiem. Poszedłem tam tylko po to, żeby inni się nie czepiali. Nawet się nie starałem. I wiecie co? DOBRZE MI Z TYM! :-) (Jejq kiedy ja się tak zmieniłem?)

« Poprzednie wpisy