Ostatnie tchnienie zimy.

 Oto niespodzianka jaką sprwiła nam pogoda w jeden z ostatnich dni zimy. W jednej chwili było wiosennie, a w następnej:

ostatki-zimy-005.jpg
ostatki-zimy-019.jpgostatki-zimy-013.jpgostatki-zimy-009.jpg

Znowu Wiosna!

Nadeszła nieubłaganie niczym śmierć. Była nie do powstrzymania niczym lodowiec. Nienawidzę ją i kocham jednocześnie i to z tych samych powodów. Dlaczego? Bo tak na prawdę jako człowiek pozostaję zwierzęciem i moje ciało reaguje na koniec zimy tak samo jak organizm królika, czy psa. Bo któż z nas nie zakochuje się na wiosnę? Mi zdarza się to regularnie. Rozgrzewam się wiosną, by spłonąć ostatecznie latem, ostygnąć jesienią i pogrążyć się w arktycznym lodzie na zimę. I teraz właśnie cały cykl zaczyna się od początku. Zakochałem się. Uczucie samo w sobie jest zawsze dobre, ale to okoliczności w jakim występuje sprawiają, że staje się tak nieznośne. To tak jakby powiesić Mona Lisę na głowicy nuklearnej. Dalej jest piękna ale w tych okolicznościach będzie siać więcej spustoszenia niż czaru. Mimo to ten dreszcz jaki się czuje patrząc na tę drugą osobę, to ciepło przy każdym jej uśmiechu jest warte późniejszych cierpień. A zatem przyjdzie mi spłonąć po raz kolejny. Adios!

“Game Without Plot” - Zapowiedź

Ahhh nareszcie zaczęły się jakieś ciekawe projekty na uczelni. Pierwszy jaki mam do zrobienia tyczy się OpenGL. Prowadzący dał nam zupełną swobodę w doborze tematu, więc teoretycznie mogę napisać cokolwiek z użyciem tej biblioteki. Dlatego pomyślałem, że skoro już mam coś zrobić, to zrobię coś ciekawego. Padło na grę FPS! Brzmi bardzo groźnie, ale to będzie coś myślę na poziomi starusieńkiego Wolfensteina. Na razie trwają intensywne prace. Pomału w wirtualnej przestrzeni zaczynają pojawiać się jakieś obiekty, zaczynają zachodzić różne zjawiska i interakcje, ale wszystko jest jeszcze we wczesnej fazie rozwoju. Na szczęście sukcesywnie posuwam się do przodu i myślę, ze w ciągu dwóch tygodni powinienem skończyć.

Zawsze jak biorę się za jakiś nowy projekt to pochłania mnie to bez reszty. Programowanie zawsze było dla mnie niezwykle satysfakcjonującym, ale i strasznie absorbującym zajęciem. Cały czas chodzę i myślę: “a jaki algorytm tu zastosować”, “a jak rozwiązać ten problem”, “a jak poprawić ten błąd” itd. I za każdym razem gdy uda mi się pokonać jakąś trudność, z dumą patrzę na swoje dzieło, które niemalże “żyje” w pamięci komputera. Tworzyć, to cudowne uczucie :-)

Cud przebudzenia

Mówią, że rok 2008 będzie dla wielu osób szczęśliwy. Dla mnie okazał się bardzo. Przez całe życie otaczali mnie w większości ludzie nijacy. Bez inicjatywy, bez chęci do robienia czegokolwiek, bez pasji, bez życia. Siłą rzeczy również popadłem w ten marazm i przez wiele lat marnowałem tak cenny przecież czas na użalanie się nad sobą i zazdroszczenie wszystkim dookoła, że mają ciekawsze życie odemnie. W tym roku wokół mnie zaczęły pojawiać się osoby nieprzeciętne, który są manifestację wszystkiego tego czego chciałbym od życia. Zainspirowany, zacząłem dostrzegać że tuż pod moim nosem toczy się prawdziwe życie i trzeba zrobić tylko krok naprzód by w nim uczestniczyć. Chyba już wcześniej to czułem (stąd ten film który zrobiłem w jedną z bezsennych nocy). W końcu przebudziłem się z wieloletniego snu trochę oszołomiony możliwościami jakie przecież miałem od dawna, ale których nie dostrzegałem. Z pozoru nic się nie zmieniło, ale przecież każda wielka zmiana w naszym życiu najpierw dokonuje się w nas samych. Po raz pierwszy w życiu mam przed sobą plany, cele i setki pomysłów na wykorzystane czasu jaki mi pozostał. Mimo iż realizacja czegokolwiek jest jeszcze w powijakach to czuję w sobie energię jakiej nie czułem już dawno. Mimo iż stare problemy i smutki pozostały to jednocześnie czuję w sobie ogromną radość.

Dostrzegłem nareszcie, że niepotrzebnie poświęcałem tyle wysiłku na szukanie czegoś czego nie można znaleźć, i nie zastanawiałem się czy Ja będę gotowy gdy już to w końcu odnajdę. Teraz wiem, że zamiast siedzieć i tęsknić za wszystkim co nas omija, trzeba chwycić stery i czerpać z życia jak najwięcej doświadczeń, bo to one czynią nas bogatymi.

 ”….i ruszył w poszukiwaniu własnej legendy….”

 ”…by móc podzielić sie pełniejszym sobą…”

 Paulo Coelho - “Alchemik”

Christopher Tin - “Baba Yetu”

Piosenka skomponowana na potrzeby gry “Civilization IV”. Jest to modlitwa “Ojcze Nasz” w języku Swahili. Jedna z Jego ulubionych piosenek. I to ja mu ją dałem…

Tylko szczęśliwi się nudzą.

Historia lubi się powtarzać. W moim przypadku powtarza się po raz już czwarty. Pierwszy raz w gimnazjum. Potem 3 lata spokoju. I już trzeci raz odkąd jestem na studiach. Nie wiem czy człowiek może przeżyć takie stężenie. 3 razy w ciągu półtora roku. To wychodzi średnio raz na 6 miesięcy. To stanowczo za dużo.

Ostatni raz zaczął się niedawno. Czuję, że jeszcze nie przekroczyłem tego krytycznego punktu poza którym nie ma się już na nic wpływu i ciało, umysł, dusza i serce są spętane i podporządkowane tylko jednemu. Czuję, że jeszcze jestem na tym etapie, w którym rzeczy płyną w danym kierunku bo im na to pozwalam (może nawet im pomagam). Dlaczego więc nie zaprę się i nie powstrzymam tej lawiny póki jeszcze mogę to zrobić? Może świadomie dążę do tego chaosu, bo towarzyszące mu uczucia są mi tak dobrze znane? Może już nie potrafię inaczej? Jak mówią słowa pewnej piosenki: “Yeah you bleed just to know your alive.” Może to jest właśnie mój sposób na monotonię życia. Bo czy cierpiący może się nudzić? Chyba nie. Tylko szczęśliwi się nudzą.

Jonathan Carroll - “Kości Księżyca”

Nie mam bladego pomysłu jak tu zaszufladkować tę książkę. Podobnie jak inne utwory Carroll’a i tutaj mamy zwykłych bohaterów, żyjących w dzisiejszych czasach w dobrze znanym nam zza okna świecie. Dla bohaterów tych jednak świat ten jest przesycony jest magią i niesamowitością rodem z serialu “Strefa Mroku”.

Główna bohaterka Cullen James, wiedzie udane życie. Ma kochającego męża, piękną córeczkę, oddanych przyjaciół. Pierwsza część książki to zwięzła relacja z udanego życia bohaterki przypominająca zwykłą powieść obyczajową. Szybko jednak poznajemy drugie życie, jakie Cullen wiedzie każdej nocy, śniąc o mistycznej wyspie Rondui po której podróżuje ze swoim synem w poszukiwaniu tytułowych Księżycowych Kości. Świat Rondui jest wyjątkowo oniryczny, czasami nielogiczny, chaotyczny, pełen cudów i niewytłumaczalnych zjawisk. Podświadomość śniącej przemyca do tej fantastycznej przestrzeni fragmenty własnego życia, które ujawniają się w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Związki z rzeczywistością stają się tak silne, że jak w sprzężeniu zwrotnym, świat snów zaczyna również przenikać do naszego.

Tak mniej więcej rysuje się fabuła książki. Jest to dziwna mieszanka, ale fanom powykręcanych światów Carroll’a  powinna przypaść do gustu. Ja osobiście mam mieszane uczucia. Miejscami na prawdę mnie wciągało, a miejscami byłem znudzony. Może to dlatego, że fragmenty akcji dziejące się na Rondui były bardzo fragmentaryczne, a opis świata bardzo niekompletny. Przez co te części nie wciągnęły mnie tak jak by mogły. W części”realnej” też mamy niezły bigos. Miejscami miałem wrażenie, że autor nie wszystkie wątki do końca przemyślał. Ostatnie kilka stron, wraz z gwałtownym zakończeniem ratuje jednak wszelkie niedociągnięcia. Ogólnie, warto przeczytać jeśli ktoś ma trochę wolnego czasu.

Sen

Jechali już kilka godzin samochodem. Rozmowy ucichły już jakiś czas temu i słychać było tylko jednostajny warkot silnika. Mąż prowadził w skupieniu a ona chciała się zdrzemnąć. Obróciła się na chwilę do tyłu i zobaczyła ich mocno przytulonych. Już spali, albo tylko udawali. Kiedy parę miesięcy temu syn jej o wszystkim powiedział, była nie tyle rozczarowana co przestraszona. Bała się o swoje jedyne dziecko, że będzie miało trudniej, że będzie musiało stawiać czoła różnym problemom i że może sobie nie poradzić z tym wszystkim. Ciągle kołatała się jej w głowie myśl, że może to jednak nie prawda, że może mu się wydaje. Wszelkie gdybania zostały przerwany, gdy syn przedstawił im tego chłopaka, który jechał właśnie z nimi samochodem. Z początku była bardzo nieufna, ale ze wszystkich sił starała się tego nie okazywać. Teraz gdy tak patrzyła przez chwilę na nich, zrozumiała, że jej obawy były nieuzasadnione. Nie wydarzyło się żadne zło i pierwszy raz odkąd sięgała pamięcią jej syn był na prawdę szczęśliwy. I poczuła to przyjemne ciepło na sercu.

Mąż spoglądał na nią kontem oka i na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech gdy zobaczył że im się przygląda. Uroczy widok, pomyślał. Miał ich w końcu cały czas w lusterku.

Beautiful thing

Lampa solna dawała słabe, ale niesamowicie ciepłe światło. Gdyby choć trochę migotała, do złudzenia przypominało by ono płomień świecy. Wszystko było skąpane w pomarańczowej poświacie. Leżał na swoim łóżku, w rozkosznie pasiatej piżamie i oczy miał skierowane na lampę, tak że w Jego oczach żarzyły się dwa węgielki. Twarz miał lekko uśmiechniętą, a oczy nad wyraz spokojne. Zawinięty w pościel zdradzał już oznaki senności, powieki powoli mu opadały, by po chwili zamknąć się całkowicie, ale delikatny uśmiech i spokój nie z niknęły z jego twarzy. Potem była już tylko ciemność i delikatny szum jego oddechu.

Sometimes there’s so much beauty in the world I feel like I can’t take it …”

A ja mogłem tylko przyglądać się temu z oddali…

Wycisk

Wczoraj byłem z Nim na rowerach. W zasadzie moja druga przejażdżka odkąd skończyło się lato. I cóż mogę powiedzieć… nie skompromitowałem się całkowicie, jakoś (nie wiem jak) wytrzymałem to tempo jakie On mi narzucił. Nie chciałem wyjść na mięczaka, więc zacisnąłem zęby i w skupieniu pedałowałem. Generalnie przejechać mogę bardzo daleko, pod warunkiem, że jadę swoim własnym tempem. Jeśli choć trochę przekraczam tą granicę to jest kwestią kilku minut kiedy opadnę z sił. Tak też się stało, po przejechaniu 40 km tego morderczego maratonu nogi bolały mnie jakbym miał nimi za chwilę urodzić kaktusa. Ale nie poddałem się i z tego jestem k**** dumny! Jest to dla mnie jakąś wskazówką, że czeka mnie jeszcze sporo pracy nad moją kondycją, ale na szczęści kończy się zima ;-)

« Poprzednie wpisy